PODRÓŻE REFLEKSJE

Co nam się nie udało podczas podróży po Azji? Co bym zmieniła w naszym planie?

19 listopada 2018

This post has already been read 269 times!

Na relacje z naszej prawie trzy-tygodniowej podróży po Azji, kazałam Wam długo czekać. No cóż, nie potrafię zaraz po długo wyczekiwanej podróży usiąść i napisać sensownie na temat miejsc, które odwiedziliśmy, o których długo myślałam i planowałam. Często nadmiar wrażeń nie pozwala mi wykrztusić słowa. Wyjątek stanowią podróże na północ, tutaj mój słowotok nie przemija, właściwie nigdy nie ustaje. Zawsze jest czas, ochota, moce, siła, energia i pomysł na pisanie, rozmowy i dyskusje na temat północ! Tu zawsze jestem w temacie, a moje myśli krążą wokół Skandynawii i Anglii bez zmiennie od lat, tu muszę się powstrzymywać by nie wylać morza słów, których nikt z Was nie przetrawi. Dałam Wam trochę poczekać na moją relacje z Azji, dlatego dziś pierwszy wpis otwierający pozostałe relacje, które co jakiś czas się tu pojawią z spora dozą praktycznych informacji, co gdzie jak i za ile?  Z gotowymi pomysłami na trasy i dni zwiedzania, tak by każdy mógł odpalić moją Azje w wersji Instant i wdrożyć we własną podróż. Nim jednak pochłonie nas pragmatyzm, dajmy się ponieść romantyzmie i trochę bardziej od serca, szczerze, z emocjami; powiem Wam co nam się udało, a co nie udało podczas naszej podróży i co bym zmieniła gdybym planowała ją po raz kolejny. Gdzie bym wróciła, została dłużej a co zupełnie bym wykluczyła. Gotowi? Zapraszam.

Co nam się definitywnie nie udało? – a właściwie mnie. Wrażliwi niech pominą ten paragraf, bo pęknie Wam serce

Zacznijmy od tego, że w temacie zdjęć ten wyjazd był od początku do końca porażką. Już pierwszego dnia w Bangkoku podczas wielkiej ulewy zalało mojego Nikona  NA ŚMIERĆ!!! Nie pomogło suszenie, rozkręcanie, wietrzenie- Dyziek UMARŁ! Dopiero w Warszawie po powrocie moje wieloletnie cudeńko ożyło. Cały wyjazd używałam więc mojego Samsunga S7, który kocham miłością nieskalaną i naprawdę uratował mi tyłek! Mam nadziej, że zdjęcia Was nie rozczarują, brak w nich głębi, które daje lustrzanka, ale jak na telefon uważam, że jest naprawdę nieźle.

Ja – człowiek porażka.

Tu nie kończą się problemy ze zdjęciami, ponieważ robię za dużo zdjęć, a teraz też kręcę video i insta storys i..  szybko przepełniła mi się karta. Musiałam więc zgrywać je na pendriva. A później usuwać, jeden raz zostawiłam system sam sobie na noc i zamiast kopiuj dałam przenieś, system się zawiesił, a ja tym samy utraciłam zdjęcia z całego pełnego dnia w Singapurze….
Nie załamałam się bo najpiękniejsze zdjęcia miałam zapisane zdjęcia w szkicach na instagramie. Jednak, dwa dni później w Hongkongu podczas jednego z najlepszych dni całej podróży nakręciłam najgenialniejsze insta storys, a instagram się zawiesił efektem czego wykasowanie instatorys i relacji video z całego dnia oraz ponad 20 pięknych szkiców z Singapuru… Nie pytajcie jak zareagowałam
Tak więc, nie ukrywam, że sporo nerwów kosztowały mnie te technologiczne zawirowania. Nie ukrywam, że również sporo mnie nauczyły.

Co bym zmieniła w naszym planie, gdybym miała szansę?

 Być może to objaw starości, a może intensywna praca, pierwszą myślą jest – dodałabym kilka dni na odpoczynek. 3 dni na leżenie brzuchem w Malezji, Kilka dni więcej w Hong Kongu. Więcej plażowania w Singapurze. Dzień na nic nierobienie – po prostu. Cały plan był tak intensywny, że codziennie od rana do wieczora robiliśmy ponad 20 kilometrów, najsłabszy dzień skończyliśmy z wynikiem 9  km… ( gdy pól dnia byliśmy na lotnisku). Niech więc da Wam to obraz tego jak potrafimy odpoczywać. Ten intensywny rok pokazał mi jednak, że ja też czasem potrzebuje się zatrzymać – boże powiedziałam to na głos:)!

Malezja. Kula Lumpur – na mojej czarnej liście.

Gdy myślę o Malezji robi mi się słabo, przede wszystkim mam przed oczyma Kuala Lupur duszne, wielkie miasto, które można sfotografować tak, że wygląda jak 7 cud świata, co z rzeczywistością nie ma za wiele wspólnego. Nie polubiliśmy się. Będą więc fochy i oszczerstwa. Wszystkich miłośników tego miasta przepraszam, być może dostało mu się bo mieszkaliśmy w samym centrum, tuż obok dworca głównego w dzielnicy hinduskiej, zatłoczonej, brudnej i pełnej wilgoci. A może dlatego, że wpadliśmy tam zaraz po Siem Reap, które nas urzekło i w którym było nam tak dobrze! Dziś wiedząc to wszystko na pewno zaplanowalibyśmy te dni w Malezji inaczej. Może w ogóle ominęlibyśmy Kuala Lumpur  i od raz polecielibyśmy na Wyspę Penang, która jest obłędna razem ze słodkim GeorgTown, miniaturką kraju i mieszkających się tu kultur?
Tak tylko gadam, że bym ominęła. Jeszcze nigdy nie posłuchałam gdy ktoś mi powiedział, że czegoś nie warto robić, jeśli sama nie dotknę każdej wyrwy w chodniku, nie obejdę każdego konta sama i empirycznie się nie przekonam nie uwierzę. Nie żałuje więc, że widziała KL i prawdopodobnie znając moje szczęście kiedyś jeszcze mnie tam przywiej w końcu to port przesiadkowy… ech.
W Penang chętnie zostałabym nawet 5 dni, wyspa jest tego warta, bujna roślinność, piękne klimatyczne GeorgTown oraz zachwycająca Plaża Monkey Beach i Tropikalna Farma (link), klimatyczne uliczki, kolorowe świątynie i miks kultur.

Co nam się nie udało w Malezji?

Przede wszystkim nie zobaczyliśmy Malakki, a uważam, że to miejsce z całą pewnością jest warte odwiedzenia, jako kolonialna perełka.

Wypadek.

Gdy myślę o Malezji przede wszystkim przypomina mi się coś czego każdy z nas chce uniknąć w podróży czy codziennym życiu. Mam przed oczyma scenę, którą chciałabym wyprzeć z głowy, a z drugiej strony lepiej by została ku przestrodze. Mieliśmy w Malezji wypadek samochodowy. Nam nic się nie stało, ale motorowerzysta przy zakręcie starała się nas wyminąć z lewej strony, podczas skrętu w lewo(przy dwukierunkowej scieżce, wiec de facto próbując wyprzedzić poboczem). Przypomnę tylko, że w Malezji panuje lewostronny ruch. W pewnym momencie usłyszałam huk, byłam pewna że zahaczyliśmy o jakiś betonowy słupek. Jechaliśmy może 30 na godzinę. W Malezji trzeba mieć oczy dookoła głowy, motorowerzyści są wszędzie, z każdej strony, przedzają poboczem, prawą, lewą stroną na trzeciego no i siebie nawzajem, nie ma przesady w stwierdzeniu, że są WSZĘDZIE! Dlatego, zanim wynajmiecie samochód w Azji, przeanalizujcie proszę swoje kompetencje jako kierowcy, umiejętności koncentracji, jazdy po lewej stronie oraz zupełnie innego natężenia ruchu. Fahad jest świetnym kierowcą nigdy nic takiego mu się nie przytrafiło, ale tez i nigdy wcześniej nie jeździł w morzu motorowerzystów.
Do sedna, co się stało? Otworzyłam drzwi by sprawdzić, czy czegoś nie urwaliśmy, a przede mna stąnał obraz, który mnie zmroził, przewrócony montor, z człowiekiem w kasku leżacym na drodze. Głowa na betonie. Zamarłam. Na szczęście jestem z tych, którzy w stresie działają 5 razy szybciej, szybko wydałam rozporządzenia, zabezpieczyliśmy samochód, wszystkie ważne rzeczy, klucze dokumenty i wybiegliśmy sprawdzić co się stało. Dziewczyna leżała na ulicy, zatrzymał się zaraz drugi Motor, staraliśmy się skomunikować ale nic z tego- tylko Malezyjski. Chcieliśmy zabrać ją do szpitala. Pal licho, że to ona w nas walnęła, jej wina i generalnie  na pewno poniesiemy tego konsekwencje, bo bok auta jest cały przerysowany, a ubezpieczenie w Malezji sprytnie skonstruowane, ze obojętnie co się stanie potrącają 1000 zł. W takich sytuacjach się o tym nie myśli po prostu lecisz ratować człowieka. Dziewczyna wstała jej montor był nieco pokrzywiony, poprzez naszego przypadkowego tłumacza pytaliśmy czy się dobrze czuje, czy nie pomoc jej jakos czy nie zawieść do szpitala. Awanturowała sie na całego, psioczyła coś po swojemu, wsiadła na motor i odjechała. W Europie spisalibyśmy protokół wypadku, który musiałaby podpisać przy policji i nie byłoby problemów w wepozyczalni. Jednak tu wszystko jest inaczej, priorytety inne.  Odetchnęliśmy z ulga ze dziewczyna żyje. Zaparkowaliśmy samochód na poboczy i poszliśmy się przejść, żeby odetchnąć. Przez następne 3 godziny nie powiedzieliśmy do siebie słowa.
To jedna z takich sytuacji, w której widzisz charakter drugiej osoby jak na dłoni, test dla związku, – pisałam o tym w poście jak podróżować wpólnie i nie zwariować. (link)

Nocleg w Singapurze – czyli Piramida Maslowa

Równowaga. Piramida Maslowa, niby banał a wiecznie aktualny. Czyli nie zapominajmy o tym, że gdy jesteśmy głodni, zmęczeni, nie czujemy się bezpiecznie nie mamy szan, na przezywanie wyższych uczuć, jak zachwyt przyjemność z okrywania nowych miejsc. Tak działa ludzka natura, najpierw trzeba zaspokoić podstawowe potrzeby. Tyle lat podróżuję, a co jakiś czas zdarzają mi się takie błędy, jeśli zaburzymy trzy najważniejsze elementy ze szczytu ciężko liczyć na to, że odwiedzane miejsca zostawi w nas dobre wspomnienia. Przede wszystkim Sen, Jedzenie i poczucie bezpieczeństwa. Jeśli śpimy kilka godzin, jesteśmy przemęczeni i wszystko o czym marzymy to 7 godzin nieprzerwanego snu, nie ma bata byśmy docenili nawet najpiękniejszy budynek świata. Dlatego, pierwszy poranek w Singapurze był dla nas horrorem. Przyjechaliśmy busem z Kula Lumpur, trasa zajmuje ok 5 godzin, nocny przejazd z postojem na granicy, więc snu jak na lekarstwo. Wyrzucona na ulice o 4 rano w Singapurze czułam się jak wyrzygana. Wszystko o czym marzyłam to sen. Próbowałam naprawić swój logistyczny błąd i zarezerwować „noc” w hotelu na te 4 godziny które nam zostały do 8 rano. Na miejscu okazało się, że zarezerwowany przez nas Hotel nie ma miejsc.  Przesiedzieliśmy wiec w lloggi hotelowym i zdrzemnęliśmy się do 8. Po ogarnięciu się i drzemce  wczesnym śniadaniu, zaczęliśmy jakoś funkcjonować. Poprzysięgłam sobie, ze to juz ostatni raz – skończyły się studenckie czasy.
Nie warto fundować sobie takich doświadczeń. Dziś wzięłabym wcześniejszy bus i zarezerwowała całą noc w hotelu w Singapurze, bez kombinowania.

 Największe zaskoczenie – Singapur!

Za wyjątkiem mojej logistycznej wpadki Singapur to nie kończący się ciąg zachwytów. Jednak ponieważ to post o tym co nam się nie udał i co bym zmieniła, tutaj również jest jeden cień – Universal Studio.

Universal Studio – TAK, ale nie w Singapurze!

Z zasady uwielbiam Luna Parki, a Kalifornijskie kompleksy w tym Universal Studio. To jedno z najwspanialszych miejsc jakie odwiedziłam. Czytając o atrakcjach Singapuru przed wyjazdem prowadziliśmy ostre pertraktacje, ostatecznie przehandlowałam pomysł z Wyspą Penang więc musiałam zgodzić się na coś z listy mojego chłopaka (link). Tym sposobem trafiliśmy na Wyspę Sentosa i odwiedziliśmy kompleks lunaparku. Czy jest tego wart? Być może widziałam zbyt wiele wielkich parów rozrywki. Szczerze oceniając należy powiedzieć, że mimo, że singapurska wersja jest i wiele tańsza, to przede wszystkim jest o wiele mniejsza od amerykańskiej, wręcz klaustrofobiczna jak na tego typu kompleks, można go obejść spokojnie w zaledwie kilka godzin. A przecież wszyscy wiemy, że nie o to tutaj chodzi. Jeśli więc zastanawiacie się czy odwiedzić Universal Studio w Singapurze, to powiem Wam tak, jeśli byliście w Disnaylandzie, EuropaParku, Porcie Adventura lud innym Universal Studio to na pewno to miejsc was rozczaruje.
Gdybym mogła coś zmienić, zdecydowałabym zamiast niego na wizytę w Hongkońskim Disneylandzie lub o wiele dłuży dzień na plaży w Sentosa.
Na koniec banał, ale dla kobiety niezwykle istotny

Kupiłabym więcej sukienek!

Może to zabrzmi dla Was kuriozalnie, ale tak! Należę do rozsądnych konsumentów, w końcu wiadomo na co trwonię pieniądze ( i to z dumą!), ale ubrać się też lubię i zaraz w drugiej kolejności są kwieciste, boho sukienki. Kupiłam ich wiele, ale okazały się tak trafne tak przewiewne tak pasujące. Po przyjeździe pomyślałam, że mogłoby być ich więcej bo chodzę w nich bez przerwy. Zresztą tego typu pamiątki przywożone z podróży są najlepsze.  Jeszcze inna kwestia, o której pisałam szeroko tutaj ( rozsądny konsumpcjonizm link) Gdy kupujemy w sieciówce, nie znamy dokładnej drogi jaka przebywają nasze ubrania, tutaj nasz łańcuch produkcji jest nieco krótszy, a osoby, od których kupujemy na straganie o wiele bardziej potrzebują tych pieniędzy niż wielkie koncerny, juz chociażby z tego powodu warto jeśli planujemy podróż do Azji pomyśleć o tym by tegoroczne zakupy zorganizować w podróży.
Pisałam o tym szerzej tu, czy można być w dzisiejszych czasach rozsądnym konsumentem? 

Makao – to nie Las Vegas

Podążając szlakiem kolonialnych perełek, można, się zachwycić, ale i rozczarować. Jeden dzień podczas naszego pobytu w Hong Kongu przeznaczyliśmy na Makao, można tam łatwo dopłynąć promem. Hongkong ma magie, swój własny czar, urok, klimat. Makao zrobiła na nas naprawdę słabe wrażenie. Oczywiście nie darowałabym sobie, gdybym nie odwiedziła tego miasta, ale jeśli mam być szczera wizyta tutaj może być ciekawa tylko wówczas gdy macie naprawdę sporo dni w Hong Kongu. W innym wypadku będzie to strata czasu. I bron boze nie chodź mi tu o kompleks kasyn, jak pisałam nie raz ( link moje guilty pleasure) kocham Las Vegas. Ale Makao to ani nie Vegas ani Portugalia, które stara się udawać. To biedne zapleśniałe, zawilgocone miasteczko, które oprócz wypucowanych kilku uliczek, jest pogrążone w biedzie, która przytłacza. Niestety zawędrowaliśmy za daleko uliczkami starego miasta, kilka przecznic od portugalskiego bruku, można wpaść na prawdziwą chińską biedę.  Gdy myślę o starej części Makao łapie przygnębienie.

Czy chciałabym wrócić do Azji? 3 tygodnie na wdechu.

Tak, chciałabym zobaczyć jeszcze wiele miejsc, na szczycie azjatyckiej listy jest przede wszystkim Wietnam ale i Korea oraz Japonii. Nie jest to jednak lista najpilniejsza.  Chociaż nie ukrywam, że już podczas podóży umęczona duchotą zastanawiałam się kiedy wyjadę na Północ naprawdę odpocząć… Gdy wróciliśmy po podróży i na lotniku Chopina czekaliśmy w klimatyzowanej sali na Ubera, nie wychodząc na zewnątrz ( nauczeni azjatyckimi doświadczeniami), w pewnym momencie oświecona, krzyknęłam do Fahada, boże jesteśmy w  Polsce możemy wyjść! I wybiegliśmy na zewnątrz wdychać jak dwa dziki wspaniałe rześkie powietrze. Możecie nie wierzyć, ale przez całe dwa tygodnie po podróży cieszyłam się jak małe dziecko z  tego polskiego powietrza, z rześkości, z chłodu i braku wilgotności. Podziwiam wszystkich azjatyckich pasjonatów, że dadzą radę naprawdę wypocząć będą przez 3 tygodnie na bezdechu.
Moje doświadczenie z Azjatyckim klimatem można porównać, do karpia w reklamówce, ja zwyczajnie nie nadaje się do ciepła! Co 45 minut rozpaczliwie poszukiwałam jakiegokolwiek budynku w poszukiwaniu klimy by wziąć jakikolwiek wdech. J To ja w Azji.
Czuje się nieswoja narzekają, prawie nigdy tego nie robie, sprowokować do tego może mnie tylko duchota:) Jak widać jestem stworzona do Azji!:)
Za wyjątkiem tych kilku rzeczy, które wymieniłam wyjazd był wspaniały a ja przywiozła dla Was masę refleksji, notatek, rekomendacji oraz gotowych list co robić, gdzie jeść, jak zaplanować dni w wielkich azjatyckich miastach. Generalnie zrealizowaliśmy plan z nawiązką. Jedynym miastem, którego nie odwiedziliśmy mimo pierwotnego planu była wspomnian wyżej Malakk, tak wszystko się udało!
Jeśli macie jakies pytania dajcie znać w komentarzach,
pozdrawiam ciepło
Jess
Ps. mam nadzieję, ze zdjęcia mimo wszystko zachcęciły Was do czekania na kolejne części relacji 🙂

Comments

comments

You Might Also Like