LIFESTYLE REFLEKSJE

Polska to stan umysłu

6 czerwca 2014

This post has already been read 281 times!

Na co wystarczy Pięć dni w Polsce? Na pewno nie na to by odpocząć. Na pięć dni, dwie noce spędzone na lotnisku, jedna w Polskim busie, jedna  gdzieś po za świadomością w bohemicznym nastroju radości  i świętowania własnego ćwierćwiecza, przy takim rachunku jedna z nich musiała wypaść w łóżku z gorączką i maksymalnym osłabieniem organizmu. Przyznaje bez bicia, spieprzyłam ten wyjazd logistycznie. Mistrzowsko spieprzyłam, co prawda nie zrobiłam tego celowo, ale wyszło fatalnie. Plan: Londyn Stansted- Katowice- Jaworzno- Katowice-Warszawa-Katowice-Jaworzno-Sosnowiec-Warszawa-Modlin-Londyn Stansted -Epsom zrealizowałam bez zająknięcia, jednak jak widać powyżej, z wypadkami po drodze.
Udało mi się jednak chociaż częściowo naładować baterię. Wiele mnie jednak kosztowało wyrwanie się z tej atmosfery ciepła i dobroci, która przypomina mi dzieciństwo i słodkie beztroskie czasy. Chyba nie ma niczego gorszego niz wyjazd z Polski bez świadomości, że na skrzynce mejlowej czeka juz kolejny bilet, z datą następnej wizyty. Serce chciało mi pęknąć, gdy ściskałam moich bliskich i nie umiałam powiedzieć kiedy tu znowu będę. To trochę tak, jakby człowiek był początkującym nurkiem, a rzucał się na wielką głębie, bez butli, bez asekuracji, z świadomością, że płynie w bez bezkres oceanu i nagle może zabraknąć mu powietrza. Na razie nie chcę o tym myśleć, szukam rozwiązania dla tego problemu i płyne dalej przed siebie. Puki co wracam do zdjęć i ciesze się tymi chwilami wykradzionymi angielskiej codzienności. Cisze sie, że udało mi się jeszcze raz zobaczyć z moją wiekową ( 94 letnia prababcią, która mimo częstotliwości z jaką się widzimy pamięta moje imię!) i spędzić trochę czasu z małym szkrabem, córcią mojego brata, która zna „ciocie Desi”  tylko ze zdjęć i opowiadań, których nie potrafi połączyć z moim obrazem. Tak więc jako zupełnie obca ciotka, męczyłam to śliczne Rude Dziecko, które momentami zupełnie przypomina mnie w tym wieku.Mogłam też wziąć do reki „moje własne dziecko”, wydane na pachnącym papierze, uściskać znajomych, a nawet znaleźć chwile by odetchnąć i w romantycznej aurze spacerować o zachodzie słońca po ukochanych polach, drogiej mi krainy.
A teraz moje dziecko! które fizycznie mogłam wziąć do ręki:)
Obowiązkowy łuk kawy, z ulubionych domowych kubków..
O Warszawie i wizie, szerzej opowiem następnym razem.

You Might Also Like